Opowiadania

Zdrada

przebiśniegDługo oczekiwana wiosna nareszcie zawitała. Może nie stała jeszcze na ziemi obiema stopami ale jedną już z pewnością tak. Chociaż nadal było zimno i wietrznie to wiosenne słońce wprawiało już wszystkich w dobry nastrój. Joanna wracała z sobotnich zakupów pomrukując pod nosem jakąś piosenkę, określenie której nawet uczestnikom „Jaka to Melodia” przysporzyłoby wielu trudności. Takie zachowanie, chociaż nie ujawniało talentu muzycznego dziewczyny, świadczyło o jej znakomitym humorze. Przyczyniła się do tego bez wątbienia pogoda oraz to co za jej sprawą miało się wydarzyć.

Dzisiejszy dzień był bowiem bardzo ważny. Joanna umówiła się ze swoim nowym chłopakiem na spacer w Parku Jordana. Tomka poznała całkiem niedawno, no może jakiś miesiąc temu. Taki okres czasu nie przeszkadzał jej uznać go już za swojego prawowitego narzeczonego. Wysoki, muskularny, brunet o nieco ciemnej karnacji to ideał mężczyzny nie tylko dla Joanny. Każda kobieta chciałaby mieć przy sobie takiego przystojniaka, na szczęście ten przywilej należał tylko do niej. Było się zatem czym pochwalić. f-narzeczony-mimo-woli-the-proposal-blu-rayDziewczyna z dumą oprowadzała swoją nową zdobycz wśród swoich przyjaciółek, reagując nonszalanckim uśmiechem na ich pełen zawiści wzrok. Nie wszystkie jednak kobiety z jej otoczenia były w zasięgu jej możliwości. Do niektórych nie wypadało się wpraszać a do innych nie było okazji. Spacer w parku był sposobnością na spotkanie Beaty, niezbyt lubianej koleżanki z pracy a przy okazji strasznej plotkary. Nasza bohaterka dobrze wiedziała, że wczesne sobotnie popołudnie jej znajoma biega ze swoimi przyjaciółkami właśnie w tym miejscu. Serce przyspieszało radośnie na samą myśl o tajemniczych szeptach w pracy w poniedziałkowy ranek. „A może będzie na ustach współpracowników przez cały dzień?! O, już Beata się o to postara”. Uśmiech nie znikał z twarzy nucącej Joanny.

Nagle dziewczyna przystanęła a z jej ust wydobył się okrzyk: – Ojejku, dzisiaj … Anka. Boże … zapomniałam. W głowie jej tlił się mały płomyczek, przypominający o dzisiejszej „parapetówce” u przyjaciółki. „ Zaraz, zaraz. Dzisiaj o siedemnastej jest impreza a na dziesiątą Tomek umówił się z Anką na założenie … hm … czegoś tam na nowym lokum.” Myśli plątały pod twardą skorupą otaczającą mózg. Tak, Joanna pamiętała ten dzień, gdy jej zdradliwa przyjaciółka, kokietując mężczyznę jej życia poprosiła go o pomoc. O co chodziło to tak naprawdę Joanna nie wie. Ale przecież nie mogła zabronić Tomkowi… właściwie niczego mu nie mogła zabronić. Po pierwsze: nie chciała na nim wywierać presji. No, przynajmniej jeszcze nie teraz. Po drugie: nie chciała aby Anka pomyślała, że jest zazdrosna.  I chociaż krew gotowała się w każdej żyle i tętnicy, to z godnością przełknęła prośbę przyjaciółki. Trzeba przyznać, że zazdrość w tym przypadku miała swoje logiczne uzasadnienie. Anka to podwójna rozwódka, nadal nie zrażona do płci męskiej a wręcz przeciwnie. Chęć ułożenia sobie życia na nowo sprawiała, że kobieta ta nie przepuszczała żadnej okazji. Pole do popisu ma tym większe, że od niedawna wprowadziła się do swojej nowej kawalerki i jest tam całkiem sama. Mieszkając we wspólnym mieszkaniu z byłym mężem nie mogła sobie pozwolić na męskie towarzystwo. Jakieś granice przyzwoitości trzeba było zachować. Teraz nie musi stwarzać żadnych pozorów. Kto wie w jakich właśnie opałach znajduje się w tej chwili „biedny, bezbronny ” Tomek?

„Nie mogę tego tak zostawić” – pomyślała Joanna. „Odniosę zakupy i wpadnę zobaczyć czy nie potrzebują pomocy”. Pomysł wydawał się być na tyle dobry, że poprawił dziewczynie nieco humor. Zawsze to jakaś kontrola a przy okazji okaże trochę altruizmu, chociaż w tym przypadku liczyło się to pierwsze. Szybkim krokiem ruszyła w stronę swojego mieszkania. Aby nie tracić zbyt wiele czasu, sprawunki zostawiła w przedpokoju. Portfel i komórkę  przełożyła do innej torebki, która wydawała jej się odpowiedniejsza na taką wizytę i ruszyła z odsieczą. Ponieważ mieszkania przyjaciółek znajdowały się w niewielkiej odległości od siebie, Joanna dotarła na miejsce w niespełna dziesięć minut. Blok był niski zatem nie posiadał w swoim wyposażeniu windy. Pokonując po dwa stopnie schodów dziewczyna w mgnieniu oka znalazła się na trzecim piętrze przed drzwiami mieszkania Anny.

zazdrosc440Drzwi były lekko uchylone. I chociaż Joanna wiedziała, że podsłuchiwanie cudzych rozmów jest rzeczą wielce nietaktowną to nie mogła oprzeć się pokusie. Już po pierwszych, usłyszanych słowach wiedziała, że sytuacja całkowicie usprawiedliwia jej niewłaściwe postępowanie.

– Aniu,  czy ty wolisz jak jest naprężony czy może w lekkim zwisie – gdzieś w oddali dał się słyszeć głos Tomka.
– Myślę, że lepszy jest naprężony – tuż za drzwiami odpowiedziała kobieta.
– Przychodź tu szybko, bo dłużej nie wytrzymam – kontynuował mężczyzna.
– Jeszcze moment, zaraz będę gotowa. Już, już idę. Z pewnością nie będziesz żałował.
Słysząc tą rozmowę Joanna aż kipiała ze złości. Wyobraźnia namalowała jej scenę, w której okrutnik podszywający się pod jej narzeczonego leży nagi w szerokim łożu, do którego podąża ta zdzira Anna, udająca do tej pory przyjaciółkę. Rozsierdzona niczym dzikie zwierze z impetem wpadła do mieszkania.

– Ty okrutna, kąśliwa żmijo! Szelmo zakłamana! To ja tyle dla ciebie zrobiłam a ty tak się odpłacasz. Cudzych chłopów ci się zachciewa. –  krzyk Joanny echem rozchodził się po całym bloku.  – Jak mogłam kogoś takiego uważać za przyjaciółkę.

montaż– Ależ Asiu.  Co ty dziewczyno wygadujesz!? – ostry głos Tomka dochodzący z balkonu, wyrwał Joannę z amoku. Błędnym jeszcze z gniewu wzrokiem wodziła po mieszkaniu. Parę metrów od niej stała wystraszona Anna trzymająca w rękach tacę,  na której znajdowały się dwa pucharki z deserem według własnego przepisu. W drzwiach balkonowych widać było stojące na drewnianym taborecie dwie nogi,  bezspornie należące do Tomka.  O framugę okna oparta była boczna podpora markizy balkonowej. Tomek zeskoczył z taboretu a tuż za nim opadła akrylowa tkanina markizy. – Sam sobie nie poradzę. Ktoś musi mi pomóc – powiedział spoglądając na Joannę.

obgadywanieDziewczyna nie była jednak skora do pomocy. W głowie głębiły się myśli o jej życiowej porażce. Wiedziała, że takie wiadomości rozchodzą się z prędkością światła. Z pewnością  w poniedziałek będzie na ustach całego miasta a już na bank  pracowników z firmy. I  to nie z tego powodu o jakim wcześniej myślała.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zakupówka

siatkaUpał mocno dawał się wszystkim we znaki. Nawet Joanna, uważająca się za kotkę lubiącą wylegiwać się na rozgrzanym od słońca dachu, miała już dość lejącego się z nieba żaru.
Właściwie to mogła już zakończyć swoją dzisiejszą, jak to nazywała, pielgrzymkę,  odbywającą się bynajmniej nie z pobudek religijnych lecz z potrzeby żołądka. Wszystko co nadawało się do kupienia w taki skwar było już zapakowane do jej mocno zniszczonej poliestrowej siatki na zakupy. Niosła swą zdobycz a właściwie wlokła opadnięta z sił do nieopodal znajdującej się ławki. Tam bowiem miał się znajdować jej pierwszy punkt postoju, coś jakby pustynna oaza  dla Beduinów.  Pot zalewał jej oczy, strużkami lał się po nosie by potem dopaść spierzchniętych warg i wedrzeć się swym obrzydliwie słonym smakiem do ust. O nie, do tego nie można było dopuścić. Joanna energicznie poderwała dłoń z siatką w stronę twarzy by wytrzeć pot i w tym momencie zdarzyło się wielkie nieszczęście.

– A niech to szlag trafi – nie zważając na przechodzących obok ludzi, zaklęła Joanna.

– No mam to wszystko w dupie. Co to ja jestem osioł juczny? – narzekała poirytowana, spoglądając na toczące się jabłka- papierówki, wypadające przez rozległą dziurę w zakupówce.  Zanim się pochyliła aby je zebrać rozejrzała się dokoła.

– Tu gdzieś musi być kiosk – mamrotała sama do siebie.

– Muszę cholera kupić jakąś reklamówkę – kontynuowała swój monolog, wzbudzając lekkie zainteresowanie przechodniów a to między innymi dlatego, że schylając się po rozpierzchnięte owoce okazale demonstrowała swoją dolną część bielizny.

Zebrane jabłka upchnęła do swojej eleganckiej nowiutkiej listonoszki, splątała oczka siatki i ruszyła w kierunku kiosku, mieszczącego się  na przeciwko ławki – niedawnego celu jej podróży .  W okienku majestatycznie siedziała kobieta w średnim wieku- licząc według norm społecznych, a mocno podstarzała według Joanny.

– Czy ma pani jakieś reklamówki? – zapytała wściekła jeszcze dziewczyna mocno panując nad swym głosem.

– Mam – leniwie odpowiedziała sprzedawczyni,  potwierdzając tym, że i ona upału ma już po dziurki w nosie. Sapiąc głośno pochyliła się pod ladę, pozostawiając na widoku swoje dość obszerne plecy. Po chwili uniosła się w górę i bardzo powoli  położyła czarną reklamówkę na ladzie przed okienkiem. –  Ale tylko takie – dokończyła swoją wypowiedź, w której bardzo wyraźnie dało się wyczuć niechęć do owej reklamówki, co też zauważyła Joanna.

– Może być. Dobra taka jak żadna – odrzekła dziewczyna siląc się przy tym na uśmiech. Wzięła reklamówkę w wolną prawą rękę i obracając ją przez chwilę, dokładnie jej się przyjrzała. Właściwie wszystko było w należytym porządku. Foliowa, czarna torba nie miała sobie nic do zarzucenia.  Joanna szybkim ruchem włożyła do nowej zakupówki resztki swojej siatki z całą zawartością, przełożyła jabłka z torebki i sięgnęła do kieszeni po drobne monety aby zapłacić za nowy zakup.

Nowa zakupówka poprawiła Joannie nieco humor. Energia wstąpiła w nią na nowo, więc postanowiła nie tracić czasu na wysiadywanie na ławce lecz podążyła do autobusu. Radość młodej damy była tym większa, gdyż towarzyszyła jej świadomość, że do domu dowiezie ją nowy autobus. Od niedawna bowiem uruchomiono w jej kierunku nową linię komunikacji miejskiej, która  zdaniem Joanny zacierała granice między wsią a miastem. Początek drogi przebiegał szybko i sprawnie, jednak po jakimś czasie, można by powiedzieć niezbyt długim czasie, dał się ponownie we znaki upał. Zmęczona dziewczyna przystanęła przy jednej z wielu stojących wzdłuż alei ławek. Odłożyła reklamówkę z zakupami i otwartą dłonią zaczęła usuwać pot z czoła, spod oczu, nosa i z brody. Po czym ponownie ruszyła w kierunku pętli autobusowej przystając po drodze jeszcze kilka razy,  nie tylko z powodu zmęczenia i potrzeby otarcia potu z twarzy ale z uwagi na bolące palce u rąk. Bo chociaż zakupy nie były tak bardzo ciężkie to jednak uchwyt siatki po chwili wrzynał się dotkliwie w palce. Zamiana rąk przynosiła ulgę tylko na chwilę. Trzeba było zatem nieco odsapnąć na ławce.

 

zakupyPo wielokrotnych postojach Joanna dopadła wreszcie przystanku autobusowego. W tej samej chwili  na pętle podjechał autobus z jej linii. Zatrzymał się na przystanku dla wysiadających, kierowca odczekał aż wszyscy pasażerowie wysiądą i ruszył w stronę podjazdu dla wsiadających, gdzie wsparta o ścianę  wiaty stała w oczekiwaniu na pojazd bliska omdleniu Joanna. Dziewczyna wykrzesała z siebie resztki sił aby wejść do autobusu. Było jeszcze sporo czasu do odjazdu, więc na chwilę obecną była jedyną pasażerką, dzięki czemu bez utrudnień mogła wybrać miejsce na czas podróży. Nie zastanawiając się długo zajęła siedzenie z samego przodu, mając na uwadze obserwowanie drogi w czasie jazdy. Na fotelu obok okna ułożyła reklamówkę z zakupami, torebkę położyła na kolanach i głęboko odetchnęła ocierając z twarzy resztki potu.  Nagle w lusterku, zamontowanym przy szybie po środku przedniego okna, zobaczyła odbijającą się twarz kierowcy. Młody mężczyzna z uwagą przyglądał się jedynej w całym autobusie pasażerce. Sytuacja ta nie była dla Joanny żenująca. Właściwie sprawiła, że młoda dama poczuła się dowartościowana. Wypięła pierś do przodu napinając przy tym guziki bluzki, przymrużyła lewe oko unosząc jednocześnie prawą brew i obdarzyła swojego wielbiciela, jakim się zdawał być, zalotnym uśmiechem. Mężczyzna odwzajemnił jej uśmiech ale raczej z mniejszym entuzjazmem. kierowcaJoanna nie dawała za wygraną. Uporczywie wpatrywała się w lusterko, gdzie napotykała na wzrok mężczyzny i nadal kusiła go swoim uśmieszkiem. Sytuacja ta trwałaby pewnie jeszcze jakiś czas, gdyż ta swoista para zdawała zatracić się w wzajemnym umizgach, gdyby nie przeszywający dźwięk chrypiącego głosu.

– Aśka! a gdzieś ty się tak upierdoliła? – zupełnie bez pardonu nad uchem Joanny rozległ się krzyk zawierający niecenzuralne słowo. Dziewczyna lekko przekręciła głowę w lewo. Jej oczom ukazała się dawno niewidziana koleżanka, do znajomości której wolała się nie przyznawać będąc w miejscu publicznym.

– Ale się babo ujebałaś. Całą gębę masz umazaną – kontynuowała znajoma, nie przejmując się faktem, że jej wypowiedzi słuchają inni pasażerowie dość licznie zapełniający autobus. Joanna wzdrygnęła się i trzęsącymi rękami sięgnęła do torebki po lusterko.

– O matko! – wykrzyknęła widząc zjawiskową twarz z domalowanymi czarnymi wąsami i brodą oraz otoczkami wokół oczu. Spojrzała na swoje ręce, równie mocno upaprane po wewnętrznej stronie a potem na czarną reklamówkę, zawierającą dzisiejsze zakupy. W jednej chwili pojęła całą niechęć sprzedawczyni z kiosku  do owej foliowej torby.

 

 

 

Parasolka

Chociaż nogi odmawiały już posłuszeństwa i gięły się w kolanach jakby były z gumy, Joanna cierpliwie podążała za przyjaciółką. Ich przyjaźń trwała od wielu lat nieprzerwanie a mimo tego zawsze uważała Irenę za totalnie porąbaną wariatkę. Czasami nawet obawiała się czy jej szaleństwo nie jest oby zakaźną chorobą przenoszoną drogą kropelkową a to z powodu, iż najbliższe otoczenie przyjaciółki też zdawało się nieco odbiegać od pewnych kanonów społecznej normalności. Na wszelki wypadek co jakiś czas analizowała swoje zachowanie chcąc się upewnić, że wszystko jest w należytym porządku i jak na razie było.
–   No ruszaj się kobieto. Została nam tylko jedna ulica. – dopingowała Irena
–   Mam już dość. Wcale nie muszę kupować tych zakichanych butów. Na imprezę mogę iść w gumo filcach dziadka.- marudziła Joanna –     Tańczyć mogę na bosaka.
–   No, wytrzymaj jeszcze trochę. Ten ostatni sklep jeszcze zaliczymy – przyjaciółka odwróciła się do Joanny wskazując jednocześnie na afisz z napisem „OBUWIE”.
–   To dosłownie parę metrów. W sklepie odpoczniesz – dalej mobilizowała towarzyszkę Irena, a w jej głosie było tyle determinacji jakby chodziło o zdobycie bieguna północnego.

pobrane     Kobiety pokonały dwa stopnie schodków, po czym po kolei przekroczyły próg sklepu – ostatniej deski ratunku, dla mającej się elegancko zaprezentować na imprezie, Joanny. Pierwsza sklepowe półki dopadła Irena. Najpierw z ciekawością poczęła rozglądać się za towarem, po czym tak od niechcenia zdjęła z ramienia torebkę i położyła na stojącej pod oknem wyścielanej sofie, nie przerywając przy tym obserwacji sklepu. Joanna zawartością półek była mniej zainteresowana. Jedyne co teraz w trybie natychmiastowym było jej potrzebne to kawałek czegoś na czym mogłaby usadzić swój szacowny tyłek. Zobaczywszy sofę, podążyła w jej kierunku i bez sił opadła na  siedzisko. Jęknęła głośno, gdyż pod  delikatną tylną częścią ciała mającą się teraz zespolić z sofą wyczuła twardy przedmiot. Uniosła się ostatkiem sił i wyciągnęła spod siebie fioletową parasolkę, przywieszoną łańcuszkiem do leżącej obok torebki. Nie miała wątpliwości do kogo należą owe przedmioty codziennego użytku. Sama parasolka w duże ciapy i racjonalizatorski pomysł doczepienia jej do uchwytu torebki z wykorzystaniem klamry od męskiego paska i łańcuszka od zasuwy na drzwi, wydawał się Joannie dowodem potwierdzającym szaleństwo przyjaciółki.

–   Zobacz, jakie śliczne buciki. Będą ci pasowały do sukienki. – piszczała z zachwytu Irena: – i na dodatek w twoim rozmiarze. „No szkoda, żeby nie pasowały”- pomyślała trochę poirytowana Joanna. „A co to ja jestem przyrodnią siostrą Kopciuszka, żebym musiała wciskać na stopy ciasne pantofelki”. Bezwolnie pozwoliła klęczącej obok siebie przyjaciółce nasunąć buty na swoje własne nogi, zupełnie nie czując przy tym satysfakcji Kopciuszka, po czym wstała i nieco chwiejnym krokiem podeszła do opartego o ścianę lustra. Musiała przyznać, że w tej chwili jej przyjaciółka wykazała się niezłym gustem. Czarne, lakierowane sandałki na niewielkim obcasie, z plecionymi w warkocz delikatnymi paseczkami były wymarzoną przez Joannę zdobyczą. Irena widząc pojawiające się na twarzy Joanny zadowolenie podskoczyła z radości, klaszcząc przy tym w dłonie. Mogłoby się wydawać, że za punkt honoru przyjęła sobie wykreowanie wizerunku stóp swej nie zawsze wyrozumiałej przyjaciółki Joanny.
–   W porządku. Płać i uciekamy. Można uznać, że dzisiejszy dzień nie jest stracony. Super buty – z zadowoleniem szczebiotała odkrywczyni obuwia. Podchodząc do sofy, na której pozostawiła torebkę z przywieszką jeszcze raz spojrzała na buty i dumnie wypięła pierś do przodu.
–   Zaczekam na ciebie przed sklepem – wychodząc rzuciła do przyjaciółki.
Joanna jeszcze przez chwilę obracała sandałki w rękach, chcąc się im dokładnie przyjrzeć. Zmarszczyła czoło ukazując swój ogromny wysiłek myślowy i podjęła jedyną słuszną decyzję.
–  Biorę.  Proszę zapakować – zwróciła się do sprzedawczyni.
images Dziewczyna wyszła ze sklepu w ręku trzymając siatkę z butami. Na chodniku czekała na nią zniecierpliwiona już bardzo Irena czemu nie należało się dziwić, gdyż zaczął padać deszcz a powietrze znacznie się ochłodziło. Joanna wzięła przyjaciółkę pod rękę. Skulone i wciśnięte w siebie szybkim krokiem ruszyły w stronę dworca autobusowego. Szły w milczeniu a to za sprawą wiosennej pogody, która w jednej chwili stała się bardzo nieprzychylna. Nagle Irena stanęła jak wryta zmuszając Joannę do wykonania tej samej czynności.
–   Czyś ty zwariowała. O mało się nie przewróciłam – krzyknęła ze złością Joanna

–   Zapomniałam parasolki. – nie przejmując się wrzaskiem przyjaciółki płaczliwym głosem powiedziała Irena.

– Spójrz, zawsze tu wisi. Specjalnie ją tak przymocowałam, żeby nie zgubić. A teraz jej nie ma.

Joanna podążyła wzrokiem za palcem koleżanki. Przewieszona przez ramię torebka, o dziwo, nie posiadała swojego codziennego dodatku, przez co znacznie lepiej się prezentowała.
–   Została pewnie w tym ostatnim sklepie. Tam ją jeszcze widziałam a raczej poczułam. W takim razie wracamy – zadecydowała Joanna. Odwracając się, stanowczym krokiem ruszyła w stronę „obuwniaka”. Rozżalona Irena udała się za nią.

Było parę minut po osiemnastej, zatem sklep był już zamknięty. Przez szybę w drzwiach Joanna jednak zobaczyła światło dobiegające z zaplecza. Pewna nadziei, że zastała jeszcze sprzedawczynię zaczęła mocno dobijać się do drzwi. I rzeczywiście nie pomyliła się. Kobieta otworzyła drzwi.
–   Przepraszam panią bardzo ale zapomniałyśmy parasola – grzecznie zwróciła się do sprzedawczyni.
–   Proszę. Proszę wejść i poszukać. – Pani sklepowa przesunęła się robiąc przejście dziewczynie.
Joanna weszła do sklepu, pozostawiając Irenę na ulicy. Pierwsze kroki skierowała w stronę sofy ale nie dojrzawszy tam szukanego przedmiotu zaczęła rozglądać się po całym sklepie.
–   Niestety nie ma tu naszej parasolki – z rezygnacją stwierdziła Joanna i ruszyła w stronę otwartych drzwi. Odprowadzając niedawną, swoją klientkę do wyjścia sprzedawczyni z zauważalną troską zapytała: – A jak wyglądała ta parasolka?
–   Taka fioletowa w ciapki – odpowiedziała Joanna spoglądając na stojącą przed wejściem Irenę, zmieniając równocześnie kolory na twarzy niczym kameleon.
–   A czy to nie jest ta, pod którą stoi koleżanka. – Uśmiech kobiety był tak szeroki, że można było zobaczyć srebrną koronkę na jej lewej „czwórce”.
Irena trzymając rozłożony, fioletowy parasol w ciapki nad sobą, niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę z miną rozżalonego dziecka.
– A niech to… Głupota jednak jest zaraźliwa – wrzasnęła Joanna i wybiegła ze sklepu, nie zwracając uwagi na machającą jej na pożegnanie, uśmiechniętą sprzedawczynię.images (1)

Opowiadanie z torebką w tle: Murzyn

wbarzemlecznym1bByło zimne, jesienne popołudnie a na domiar złego padał deszcz, co o tej porze roku jest rzeczą naturalną ale z pewnością nieprzyjemną. Nasza bohaterka ociekająca wodą szła pospiesznie między kroplami deszczu omijając kałuże i energicznie spoglądając na zegarek. Miała jeszcze załatwić parę spraw a było już dość późno. Zmrok zdawał się bezlitośnie nadciągać. Joanna przeliczała czas jaki pozostał do odjazdu Pekaesu, którym miała wracać do domu. Liczenie nie szło jej najlepiej, myśli plątały się niczym przędza w niechlujnie zwiniętym motku. Wszystko to za sprawą pustego żołądka, który ściskał do granic wytrzymałości, blokując inne receptory w mózgu. „Zdążę. Jak się pospieszę to na pewno zdążę”- wysilała resztki działającego jeszcze umysłu. „Zaraz, tu gdzieś powinien być bar mleczny. O jest”. Spojrzała znowu na zegarek, a czyniła to z pełnym zaufaniem nie zdając sobie sprawy, iż komunijny czasomierz ma już wystarczająco duży przebieg aby nie chodzić punktualnie. Wykonała ogromny wysiłek umysłowy ustalając, że ma około dwudziestu minut wolnego czasu, który może przeznaczyć na zamówienie i skonsumowanie posiłku w „mleczniaku”. W mgnieniu oka pokonała trzy stopnie ubitych schodów, wprowadzających do lokalu z niedomykającymi się drzwiami wejściowymi a stającym się w tej chwili jej oazą szczęścia.

Będąc wewnątrz rozejrzała się i odetchnęła z ulgą. Oblegany przeważnie przez tłumy wygłodniałych rodaków bar dzisiaj świecił pustkami. Jedyni goście jacy raczyli przybyć na konsumpcję to trochę hałaśliwa młoda para i kobieta z wyglądającym na około dziesięć lat chłopcem. Joanna ruszyła w kierunku pustej lady z laminowanym blatem, za którą stała pokaźnych rozmiarów pani z obsługi. Kobieta miała na sobie biały, nieco poplamiony chałat, nie dopinający się z powodu obfitego biustu. Głowę wieńczył siateczkowy, biały czepek, spod którego wyłaniały się tłuste kosmyki ciemnych ale już lekko siwiejących włosów. Owa pani stojąca za kontuarem, choć zjawiskowo się jawiła w tej bieli na tle niebieskiej boazerii, nimfy w niczym jednak nie przypominała, tym bardziej, że jej wzrok urzekający raczej nie był a wręcz przeciwnie przyprawiał o dreszcze.

–  Jak długo będę czekała na zamówienie? – grzecznie zapytała Joanna.

–  A to zależy! – lakonicznie ale mało wyczerpująco odpowiedziała kobieta.

–  A od czego? – Ano co paniusia zamówi – odparła pytana

–  To ja poproszę o coś, co mogę dostać najszybciej – błagalnym głosem rzekła wygłodniała dziewczyna.

–  Helka, co tam dajesz najprędzej? – wykrzyknęła w stronę okienka kobieta a okienko o wdzięcznym imieniu Helka odpowiedziało chrapliwym głosem:

–   Zupę pomidorową z kluskami i ruskie – po czym dodało: – Ale ruskie wczorajsze.

–   No to dajesz – złożyła zamówienie obsługująca pani nie czekając na potwierdzenie Joanny.

zastawa Pod ścisłym nadzorem pracownicy baru Joanna wzięła z pojemnika ociekające jeszcze wodą aluminiowe sztućce i rozejrzała się za w miarę czystym stolikiem, posiadającym podobnie jak lada, laminowany blat. Postanowiła nie zdejmować płaszcza a to z powodu zimnego powiewu powietrza przedostającego do środka przez szparę w niedomkniętych drzwiach. Ale za to uznała, że dobrym posunięciem w oczekiwaniu na zamówiony obiad będzie skorzystanie z toalety, tym bardziej, że w lokalach były one schludniejsze niż publiczne na mieście.

Upatrzywszy stolik zostawiła sztućce i udała się za oznakowane kółkiem i równocześnie trójkątem drzwi w wiadomym sobie celu. Po powrocie zauważyła na ladzie ceramiczną białą misę z ubitym uchem, z niebieską  otoczką i napisem „Społem”, zawierającą gęsty pomarańczowy płyn oraz płytki talerz w tym samym tonie, z ośmioma przyrumienionymi pierogami, okraszonymi przysmażoną cebulką z dużą ilością tłuszczu. Zabierając swój zamówiony posiłek zerknęła na cennik i rzuciła w stronę niczym nie przypominającej nimfę kobiety, nadal bezczynnie tkwiącej na swoim miejscu:

– Już płacę – szybko dodając: – Poszukam tylko drobnych.

Odstawiła talerze na miejsce obok sztućców, zdjęła z ramienia swoją nową śliczną, czarną torebkę, powód zazdrości koleżanek i poczęła w niej grzebać w poszukiwaniu pieniędzy. Namacała kilka monet, wyliczyła potrzebną kwotę, resztę wrzuciła ponownie w czeluść lśniącej torebki, po czym przewiesiła swoje cacko i powód dumy przez oparcie krzesła. Zadowolona z siebie podeszła do lady. Kładąc pieniądze na specjalnie przygotowanym spodeczku, zerknęła czy pani w białym czepku, która zdawała się już zapuścić korzenie w płytki PCV, dostatecznie dobrze widzi wypłacaną kwotę. Po aprobującym pomruku kobiety, odwróciła się aby podążyć w kierunku swojego raju dla podniebienia.

I … pozytywne emocje w jednej chwili opuściły naszą bohaterkę a niczym grom z jasnego nieba padła na nią wściekłość. „Co jest do licha, przecież to jest moje jedzenie, za moje pieniądze, cholera, kto śmiał?” – poirytowana przeklinała w myślach. Energicznym krokiem podeszła do siedzącego tyłem do niej, mocno opatulonego w szalik i wełnianą czapkę mężczyzny.

A ten, jak gdyby nigdy nic, przysiadłszy się do jej stolika, rozpoczął spożywanie zupy. Już stos obraźliwych słów spoczął na końcu jej różowego języka, mając wypłynąć niczym lawa z wulkanu, gdy Joanna zauważyła, że tym mężczyzną jest … murzyn, po prostu zwykły murzyn. To znaczy nie taki znowu zwykły, no bo w końcu ilu murzynów spotyka się na co dzień w naszym kraju? Gniew, który dopadł ją w krótkiej chwili, równie szybko został zastąpiony przez uczucie o zupełnie innym zabarwieniu emocjonalnym.

Tak, w sercu dziewczyny zrodziło się współczucie. Bo oto ma przed sobą biednego mieszkańca krajów trzeciego świata, gdzie panuje głód, szerzą się choroby, a losem biednych ludzi nikt się nie przejmuje. Joanna wie coś na ten temat. Niejedno widziała w Dzienniku Telewizyjnym. „ Biedak, pewnie przyjechał szukać pomocy. No bo niby gdzie jej ma szukać, w imperialistycznych zachodnich, państwach albo nie daj Boże w Ameryce. Tam przecież działają ci mordercy z Ku Klux Klanu. A apartheid w RPA.” Dziewczyna wzdrygnęła się na samą myśl o strasznym życiu swojego współbiesiadnika. I chociaż ów ciemnoskóry, młody mężczyzna na wygłodzonego i uciemiężonego nie wyglądał kontynuowała swój myślowy monolog. „Pewnie ma na utrzymaniu dzieci i żonę. Tu z pewnością znajdzie pracę i pomoc. W naszym kraju żyją dobrzy i tolerancyjni ludzie”. Siadając obok mężczyzny obdarzyła go uśmiechem, najszczerszym na jaki tylko mogła się zdobyć. Ten odwzajemnił się jej tym samym ale oprócz uśmiechu na jego twarzy malowało się leciutkie zdziwienie. „No co, nie spodziewałeś się takiej reakcji, myślałeś pewnie, że zrobię ci karczemną awanturę za to, że podjadasz mój obiad. Jedz kochaniutki, niech ci wyjdzie na zdrowie”. Teraz w myślach zwracała się do swojego towarzysza.images

Sięgając po talerz z drugim daniem posłała kolejny ujmujący uśmiech, który podobnie jak pierwszy został odwzajemniony ale z coraz większym zaskoczeniem. Zdziwienie musiało właściwie osiągnąć apogeum, gdyż prawa ręka murzyna, trzymająca łyżkę wypełnioną zupą znieruchomiała. Usta zaś szeroko otwarte zdawały się niecierpliwie wyczekiwać na zawartość tejże łyżki.

Joanna, pochłonięta jedzeniem nie zwracała już uwagi na przyglądającego się jej mężczyznę. Pałaszowała nieco przyschnięte pierogi z takim apetytem, jakby to ona wróciła właśnie z zagłodzonej Afryki. Tłuszcz, którym okraszone było jadło spływał jej z ust po brodzie, ale pośpiech z jakim jadła nie pozwalał na otarcie. Po ostatnim kęsie nawet nie spojrzała na stolik wiedząc, że serwetnik i tak jest pusty.

Nie obracając się sięgnęła po torebkę, w której miała komplet kolorowych chusteczek do nosa. Jakież było jej zdziwienie, gdy nie namacała najbardziej wartościowego przedmiotu jaki miała przy sobie. Odwróciła się jeszcze z niedowierzaniem chcąc zmysł dotyku wspomóc zmysłem wzroku, lecz bez rezultatu. Przerażona już do granic wytrzymałości zaczęła rozglądać się po sali jakby chcąc ustalić sprawcę zniknięcia torebki. Nagle jej wzrok padł na sąsiedni stolik, na którym obok sztućców, znajdowała się ceramiczna miseczka z ubitym uchem i mocno wystudzoną zawartością oraz talerz z przyrumienionymi pierogami. Obok stolika stało metalowe krzesło, identyczne jak to na którym siedziała z tą różnicą, że zdobiła go czarna, lakierowana torebka przewieszona przez oparcie.

–    O matko boska!- krzyknęła Joanna i gwałtownie uniosła się z krzesła.

Wybiegając w pośpiechu z baru wyrwała torebkę a zrobiła to z takim impetem, że krzesło na którym wisiała z wielkim hukiem przewróciło się.

–    Dżywny kraj i dżywny ludży – łamaną polszczyzną powiedział murzyn i pochylił się nad białą, ceramiczną miską z jednym uchem, w której stygła zupa pomidorowa z kluskami.

images (2)