Zakupówka

siatkaUpał mocno dawał się wszystkim we znaki. Nawet Joanna, uważająca się za kotkę lubiącą wylegiwać się na rozgrzanym od słońca dachu, miała już dość lejącego się z nieba żaru.
Właściwie to mogła już zakończyć swoją dzisiejszą, jak to nazywała, pielgrzymkę,  odbywającą się bynajmniej nie z pobudek religijnych lecz z potrzeby żołądka. Wszystko co nadawało się do kupienia w taki skwar było już zapakowane do jej mocno zniszczonej poliestrowej siatki na zakupy. Niosła swą zdobycz a właściwie wlokła opadnięta z sił do nieopodal znajdującej się ławki. Tam bowiem miał się znajdować jej pierwszy punkt postoju, coś jakby pustynna oaza  dla Beduinów.  Pot zalewał jej oczy, strużkami lał się po nosie by potem dopaść spierzchniętych warg i wedrzeć się swym obrzydliwie słonym smakiem do ust. O nie, do tego nie można było dopuścić. Joanna energicznie poderwała dłoń z siatką w stronę twarzy by wytrzeć pot i w tym momencie zdarzyło się wielkie nieszczęście.

– A niech to szlag trafi – nie zważając na przechodzących obok ludzi, zaklęła Joanna.

– No mam to wszystko w dupie. Co to ja jestem osioł juczny? – narzekała poirytowana, spoglądając na toczące się jabłka- papierówki, wypadające przez rozległą dziurę w zakupówce.  Zanim się pochyliła aby je zebrać rozejrzała się dokoła.

– Tu gdzieś musi być kiosk – mamrotała sama do siebie.

– Muszę cholera kupić jakąś reklamówkę – kontynuowała swój monolog, wzbudzając lekkie zainteresowanie przechodniów a to między innymi dlatego, że schylając się po rozpierzchnięte owoce okazale demonstrowała swoją dolną część bielizny.

Zebrane jabłka upchnęła do swojej eleganckiej nowiutkiej listonoszki, splątała oczka siatki i ruszyła w kierunku kiosku, mieszczącego się  na przeciwko ławki – niedawnego celu jej podróży .  W okienku majestatycznie siedziała kobieta w średnim wieku- licząc według norm społecznych, a mocno podstarzała według Joanny.

– Czy ma pani jakieś reklamówki? – zapytała wściekła jeszcze dziewczyna mocno panując nad swym głosem.

– Mam – leniwie odpowiedziała sprzedawczyni,  potwierdzając tym, że i ona upału ma już po dziurki w nosie. Sapiąc głośno pochyliła się pod ladę, pozostawiając na widoku swoje dość obszerne plecy. Po chwili uniosła się w górę i bardzo powoli  położyła czarną reklamówkę na ladzie przed okienkiem. –  Ale tylko takie – dokończyła swoją wypowiedź, w której bardzo wyraźnie dało się wyczuć niechęć do owej reklamówki, co też zauważyła Joanna.

– Może być. Dobra taka jak żadna – odrzekła dziewczyna siląc się przy tym na uśmiech. Wzięła reklamówkę w wolną prawą rękę i obracając ją przez chwilę, dokładnie jej się przyjrzała. Właściwie wszystko było w należytym porządku. Foliowa, czarna torba nie miała sobie nic do zarzucenia.  Joanna szybkim ruchem włożyła do nowej zakupówki resztki swojej siatki z całą zawartością, przełożyła jabłka z torebki i sięgnęła do kieszeni po drobne monety aby zapłacić za nowy zakup.

Nowa zakupówka poprawiła Joannie nieco humor. Energia wstąpiła w nią na nowo, więc postanowiła nie tracić czasu na wysiadywanie na ławce lecz podążyła do autobusu. Radość młodej damy była tym większa, gdyż towarzyszyła jej świadomość, że do domu dowiezie ją nowy autobus. Od niedawna bowiem uruchomiono w jej kierunku nową linię komunikacji miejskiej, która  zdaniem Joanny zacierała granice między wsią a miastem. Początek drogi przebiegał szybko i sprawnie, jednak po jakimś czasie, można by powiedzieć niezbyt długim czasie, dał się ponownie we znaki upał. Zmęczona dziewczyna przystanęła przy jednej z wielu stojących wzdłuż alei ławek. Odłożyła reklamówkę z zakupami i otwartą dłonią zaczęła usuwać pot z czoła, spod oczu, nosa i z brody. Po czym ponownie ruszyła w kierunku pętli autobusowej przystając po drodze jeszcze kilka razy,  nie tylko z powodu zmęczenia i potrzeby otarcia potu z twarzy ale z uwagi na bolące palce u rąk. Bo chociaż zakupy nie były tak bardzo ciężkie to jednak uchwyt siatki po chwili wrzynał się dotkliwie w palce. Zamiana rąk przynosiła ulgę tylko na chwilę. Trzeba było zatem nieco odsapnąć na ławce.

 

zakupyPo wielokrotnych postojach Joanna dopadła wreszcie przystanku autobusowego. W tej samej chwili  na pętle podjechał autobus z jej linii. Zatrzymał się na przystanku dla wysiadających, kierowca odczekał aż wszyscy pasażerowie wysiądą i ruszył w stronę podjazdu dla wsiadających, gdzie wsparta o ścianę  wiaty stała w oczekiwaniu na pojazd bliska omdleniu Joanna. Dziewczyna wykrzesała z siebie resztki sił aby wejść do autobusu. Było jeszcze sporo czasu do odjazdu, więc na chwilę obecną była jedyną pasażerką, dzięki czemu bez utrudnień mogła wybrać miejsce na czas podróży. Nie zastanawiając się długo zajęła siedzenie z samego przodu, mając na uwadze obserwowanie drogi w czasie jazdy. Na fotelu obok okna ułożyła reklamówkę z zakupami, torebkę położyła na kolanach i głęboko odetchnęła ocierając z twarzy resztki potu.  Nagle w lusterku, zamontowanym przy szybie po środku przedniego okna, zobaczyła odbijającą się twarz kierowcy. Młody mężczyzna z uwagą przyglądał się jedynej w całym autobusie pasażerce. Sytuacja ta nie była dla Joanny żenująca. Właściwie sprawiła, że młoda dama poczuła się dowartościowana. Wypięła pierś do przodu napinając przy tym guziki bluzki, przymrużyła lewe oko unosząc jednocześnie prawą brew i obdarzyła swojego wielbiciela, jakim się zdawał być, zalotnym uśmiechem. Mężczyzna odwzajemnił jej uśmiech ale raczej z mniejszym entuzjazmem. kierowcaJoanna nie dawała za wygraną. Uporczywie wpatrywała się w lusterko, gdzie napotykała na wzrok mężczyzny i nadal kusiła go swoim uśmieszkiem. Sytuacja ta trwałaby pewnie jeszcze jakiś czas, gdyż ta swoista para zdawała zatracić się w wzajemnym umizgach, gdyby nie przeszywający dźwięk chrypiącego głosu.

– Aśka! a gdzieś ty się tak upierdoliła? – zupełnie bez pardonu nad uchem Joanny rozległ się krzyk zawierający niecenzuralne słowo. Dziewczyna lekko przekręciła głowę w lewo. Jej oczom ukazała się dawno niewidziana koleżanka, do znajomości której wolała się nie przyznawać będąc w miejscu publicznym.

– Ale się babo ujebałaś. Całą gębę masz umazaną – kontynuowała znajoma, nie przejmując się faktem, że jej wypowiedzi słuchają inni pasażerowie dość licznie zapełniający autobus. Joanna wzdrygnęła się i trzęsącymi rękami sięgnęła do torebki po lusterko.

– O matko! – wykrzyknęła widząc zjawiskową twarz z domalowanymi czarnymi wąsami i brodą oraz otoczkami wokół oczu. Spojrzała na swoje ręce, równie mocno upaprane po wewnętrznej stronie a potem na czarną reklamówkę, zawierającą dzisiejsze zakupy. W jednej chwili pojęła całą niechęć sprzedawczyni z kiosku  do owej foliowej torby.

 

 

 

Parasolka

Chociaż nogi odmawiały już posłuszeństwa i gięły się w kolanach jakby były z gumy, Joanna cierpliwie podążała za przyjaciółką. Ich przyjaźń trwała od wielu lat nieprzerwanie a mimo tego zawsze uważała Irenę za totalnie porąbaną wariatkę. Czasami nawet obawiała się czy jej szaleństwo nie jest oby zakaźną chorobą przenoszoną drogą kropelkową a to z powodu, iż najbliższe otoczenie przyjaciółki też zdawało się nieco odbiegać od pewnych kanonów społecznej normalności. Na wszelki wypadek co jakiś czas analizowała swoje zachowanie chcąc się upewnić, że wszystko jest w należytym porządku i jak na razie było.
–   No ruszaj się kobieto. Została nam tylko jedna ulica. – dopingowała Irena
–   Mam już dość. Wcale nie muszę kupować tych zakichanych butów. Na imprezę mogę iść w gumo filcach dziadka.- marudziła Joanna –     Tańczyć mogę na bosaka.
–   No, wytrzymaj jeszcze trochę. Ten ostatni sklep jeszcze zaliczymy – przyjaciółka odwróciła się do Joanny wskazując jednocześnie na afisz z napisem „OBUWIE”.
–   To dosłownie parę metrów. W sklepie odpoczniesz – dalej mobilizowała towarzyszkę Irena, a w jej głosie było tyle determinacji jakby chodziło o zdobycie bieguna północnego.

pobrane     Kobiety pokonały dwa stopnie schodków, po czym po kolei przekroczyły próg sklepu – ostatniej deski ratunku, dla mającej się elegancko zaprezentować na imprezie, Joanny. Pierwsza sklepowe półki dopadła Irena. Najpierw z ciekawością poczęła rozglądać się za towarem, po czym tak od niechcenia zdjęła z ramienia torebkę i położyła na stojącej pod oknem wyścielanej sofie, nie przerywając przy tym obserwacji sklepu. Joanna zawartością półek była mniej zainteresowana. Jedyne co teraz w trybie natychmiastowym było jej potrzebne to kawałek czegoś na czym mogłaby usadzić swój szacowny tyłek. Zobaczywszy sofę, podążyła w jej kierunku i bez sił opadła na  siedzisko. Jęknęła głośno, gdyż pod  delikatną tylną częścią ciała mającą się teraz zespolić z sofą wyczuła twardy przedmiot. Uniosła się ostatkiem sił i wyciągnęła spod siebie fioletową parasolkę, przywieszoną łańcuszkiem do leżącej obok torebki. Nie miała wątpliwości do kogo należą owe przedmioty codziennego użytku. Sama parasolka w duże ciapy i racjonalizatorski pomysł doczepienia jej do uchwytu torebki z wykorzystaniem klamry od męskiego paska i łańcuszka od zasuwy na drzwi, wydawał się Joannie dowodem potwierdzającym szaleństwo przyjaciółki.

–   Zobacz, jakie śliczne buciki. Będą ci pasowały do sukienki. – piszczała z zachwytu Irena: – i na dodatek w twoim rozmiarze. „No szkoda, żeby nie pasowały”- pomyślała trochę poirytowana Joanna. „A co to ja jestem przyrodnią siostrą Kopciuszka, żebym musiała wciskać na stopy ciasne pantofelki”. Bezwolnie pozwoliła klęczącej obok siebie przyjaciółce nasunąć buty na swoje własne nogi, zupełnie nie czując przy tym satysfakcji Kopciuszka, po czym wstała i nieco chwiejnym krokiem podeszła do opartego o ścianę lustra. Musiała przyznać, że w tej chwili jej przyjaciółka wykazała się niezłym gustem. Czarne, lakierowane sandałki na niewielkim obcasie, z plecionymi w warkocz delikatnymi paseczkami były wymarzoną przez Joannę zdobyczą. Irena widząc pojawiające się na twarzy Joanny zadowolenie podskoczyła z radości, klaszcząc przy tym w dłonie. Mogłoby się wydawać, że za punkt honoru przyjęła sobie wykreowanie wizerunku stóp swej nie zawsze wyrozumiałej przyjaciółki Joanny.
–   W porządku. Płać i uciekamy. Można uznać, że dzisiejszy dzień nie jest stracony. Super buty – z zadowoleniem szczebiotała odkrywczyni obuwia. Podchodząc do sofy, na której pozostawiła torebkę z przywieszką jeszcze raz spojrzała na buty i dumnie wypięła pierś do przodu.
–   Zaczekam na ciebie przed sklepem – wychodząc rzuciła do przyjaciółki.
Joanna jeszcze przez chwilę obracała sandałki w rękach, chcąc się im dokładnie przyjrzeć. Zmarszczyła czoło ukazując swój ogromny wysiłek myślowy i podjęła jedyną słuszną decyzję.
–  Biorę.  Proszę zapakować – zwróciła się do sprzedawczyni.
images Dziewczyna wyszła ze sklepu w ręku trzymając siatkę z butami. Na chodniku czekała na nią zniecierpliwiona już bardzo Irena czemu nie należało się dziwić, gdyż zaczął padać deszcz a powietrze znacznie się ochłodziło. Joanna wzięła przyjaciółkę pod rękę. Skulone i wciśnięte w siebie szybkim krokiem ruszyły w stronę dworca autobusowego. Szły w milczeniu a to za sprawą wiosennej pogody, która w jednej chwili stała się bardzo nieprzychylna. Nagle Irena stanęła jak wryta zmuszając Joannę do wykonania tej samej czynności.
–   Czyś ty zwariowała. O mało się nie przewróciłam – krzyknęła ze złością Joanna

–   Zapomniałam parasolki. – nie przejmując się wrzaskiem przyjaciółki płaczliwym głosem powiedziała Irena.

– Spójrz, zawsze tu wisi. Specjalnie ją tak przymocowałam, żeby nie zgubić. A teraz jej nie ma.

Joanna podążyła wzrokiem za palcem koleżanki. Przewieszona przez ramię torebka, o dziwo, nie posiadała swojego codziennego dodatku, przez co znacznie lepiej się prezentowała.
–   Została pewnie w tym ostatnim sklepie. Tam ją jeszcze widziałam a raczej poczułam. W takim razie wracamy – zadecydowała Joanna. Odwracając się, stanowczym krokiem ruszyła w stronę „obuwniaka”. Rozżalona Irena udała się za nią.

Było parę minut po osiemnastej, zatem sklep był już zamknięty. Przez szybę w drzwiach Joanna jednak zobaczyła światło dobiegające z zaplecza. Pewna nadziei, że zastała jeszcze sprzedawczynię zaczęła mocno dobijać się do drzwi. I rzeczywiście nie pomyliła się. Kobieta otworzyła drzwi.
–   Przepraszam panią bardzo ale zapomniałyśmy parasola – grzecznie zwróciła się do sprzedawczyni.
–   Proszę. Proszę wejść i poszukać. – Pani sklepowa przesunęła się robiąc przejście dziewczynie.
Joanna weszła do sklepu, pozostawiając Irenę na ulicy. Pierwsze kroki skierowała w stronę sofy ale nie dojrzawszy tam szukanego przedmiotu zaczęła rozglądać się po całym sklepie.
–   Niestety nie ma tu naszej parasolki – z rezygnacją stwierdziła Joanna i ruszyła w stronę otwartych drzwi. Odprowadzając niedawną, swoją klientkę do wyjścia sprzedawczyni z zauważalną troską zapytała: – A jak wyglądała ta parasolka?
–   Taka fioletowa w ciapki – odpowiedziała Joanna spoglądając na stojącą przed wejściem Irenę, zmieniając równocześnie kolory na twarzy niczym kameleon.
–   A czy to nie jest ta, pod którą stoi koleżanka. – Uśmiech kobiety był tak szeroki, że można było zobaczyć srebrną koronkę na jej lewej „czwórce”.
Irena trzymając rozłożony, fioletowy parasol w ciapki nad sobą, niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę z miną rozżalonego dziecka.
– A niech to… Głupota jednak jest zaraźliwa – wrzasnęła Joanna i wybiegła ze sklepu, nie zwracając uwagi na machającą jej na pożegnanie, uśmiechniętą sprzedawczynię.images (1)