Opowiadanie z torebką w tle: Murzyn

wbarzemlecznym1bByło zimne, jesienne popołudnie a na domiar złego padał deszcz, co o tej porze roku jest rzeczą naturalną ale z pewnością nieprzyjemną. Nasza bohaterka ociekająca wodą szła pospiesznie między kroplami deszczu omijając kałuże i energicznie spoglądając na zegarek. Miała jeszcze załatwić parę spraw a było już dość późno. Zmrok zdawał się bezlitośnie nadciągać. Joanna przeliczała czas jaki pozostał do odjazdu Pekaesu, którym miała wracać do domu. Liczenie nie szło jej najlepiej, myśli plątały się niczym przędza w niechlujnie zwiniętym motku. Wszystko to za sprawą pustego żołądka, który ściskał do granic wytrzymałości, blokując inne receptory w mózgu. „Zdążę. Jak się pospieszę to na pewno zdążę”- wysilała resztki działającego jeszcze umysłu. „Zaraz, tu gdzieś powinien być bar mleczny. O jest”. Spojrzała znowu na zegarek, a czyniła to z pełnym zaufaniem nie zdając sobie sprawy, iż komunijny czasomierz ma już wystarczająco duży przebieg aby nie chodzić punktualnie. Wykonała ogromny wysiłek umysłowy ustalając, że ma około dwudziestu minut wolnego czasu, który może przeznaczyć na zamówienie i skonsumowanie posiłku w „mleczniaku”. W mgnieniu oka pokonała trzy stopnie ubitych schodów, wprowadzających do lokalu z niedomykającymi się drzwiami wejściowymi a stającym się w tej chwili jej oazą szczęścia.

Będąc wewnątrz rozejrzała się i odetchnęła z ulgą. Oblegany przeważnie przez tłumy wygłodniałych rodaków bar dzisiaj świecił pustkami. Jedyni goście jacy raczyli przybyć na konsumpcję to trochę hałaśliwa młoda para i kobieta z wyglądającym na około dziesięć lat chłopcem. Joanna ruszyła w kierunku pustej lady z laminowanym blatem, za którą stała pokaźnych rozmiarów pani z obsługi. Kobieta miała na sobie biały, nieco poplamiony chałat, nie dopinający się z powodu obfitego biustu. Głowę wieńczył siateczkowy, biały czepek, spod którego wyłaniały się tłuste kosmyki ciemnych ale już lekko siwiejących włosów. Owa pani stojąca za kontuarem, choć zjawiskowo się jawiła w tej bieli na tle niebieskiej boazerii, nimfy w niczym jednak nie przypominała, tym bardziej, że jej wzrok urzekający raczej nie był a wręcz przeciwnie przyprawiał o dreszcze.

–  Jak długo będę czekała na zamówienie? – grzecznie zapytała Joanna.

–  A to zależy! – lakonicznie ale mało wyczerpująco odpowiedziała kobieta.

–  A od czego? – Ano co paniusia zamówi – odparła pytana

–  To ja poproszę o coś, co mogę dostać najszybciej – błagalnym głosem rzekła wygłodniała dziewczyna.

–  Helka, co tam dajesz najprędzej? – wykrzyknęła w stronę okienka kobieta a okienko o wdzięcznym imieniu Helka odpowiedziało chrapliwym głosem:

–   Zupę pomidorową z kluskami i ruskie – po czym dodało: – Ale ruskie wczorajsze.

–   No to dajesz – złożyła zamówienie obsługująca pani nie czekając na potwierdzenie Joanny.

zastawa Pod ścisłym nadzorem pracownicy baru Joanna wzięła z pojemnika ociekające jeszcze wodą aluminiowe sztućce i rozejrzała się za w miarę czystym stolikiem, posiadającym podobnie jak lada, laminowany blat. Postanowiła nie zdejmować płaszcza a to z powodu zimnego powiewu powietrza przedostającego do środka przez szparę w niedomkniętych drzwiach. Ale za to uznała, że dobrym posunięciem w oczekiwaniu na zamówiony obiad będzie skorzystanie z toalety, tym bardziej, że w lokalach były one schludniejsze niż publiczne na mieście.

Upatrzywszy stolik zostawiła sztućce i udała się za oznakowane kółkiem i równocześnie trójkątem drzwi w wiadomym sobie celu. Po powrocie zauważyła na ladzie ceramiczną białą misę z ubitym uchem, z niebieską  otoczką i napisem „Społem”, zawierającą gęsty pomarańczowy płyn oraz płytki talerz w tym samym tonie, z ośmioma przyrumienionymi pierogami, okraszonymi przysmażoną cebulką z dużą ilością tłuszczu. Zabierając swój zamówiony posiłek zerknęła na cennik i rzuciła w stronę niczym nie przypominającej nimfę kobiety, nadal bezczynnie tkwiącej na swoim miejscu:

– Już płacę – szybko dodając: – Poszukam tylko drobnych.

Odstawiła talerze na miejsce obok sztućców, zdjęła z ramienia swoją nową śliczną, czarną torebkę, powód zazdrości koleżanek i poczęła w niej grzebać w poszukiwaniu pieniędzy. Namacała kilka monet, wyliczyła potrzebną kwotę, resztę wrzuciła ponownie w czeluść lśniącej torebki, po czym przewiesiła swoje cacko i powód dumy przez oparcie krzesła. Zadowolona z siebie podeszła do lady. Kładąc pieniądze na specjalnie przygotowanym spodeczku, zerknęła czy pani w białym czepku, która zdawała się już zapuścić korzenie w płytki PCV, dostatecznie dobrze widzi wypłacaną kwotę. Po aprobującym pomruku kobiety, odwróciła się aby podążyć w kierunku swojego raju dla podniebienia.

I … pozytywne emocje w jednej chwili opuściły naszą bohaterkę a niczym grom z jasnego nieba padła na nią wściekłość. „Co jest do licha, przecież to jest moje jedzenie, za moje pieniądze, cholera, kto śmiał?” – poirytowana przeklinała w myślach. Energicznym krokiem podeszła do siedzącego tyłem do niej, mocno opatulonego w szalik i wełnianą czapkę mężczyzny.

A ten, jak gdyby nigdy nic, przysiadłszy się do jej stolika, rozpoczął spożywanie zupy. Już stos obraźliwych słów spoczął na końcu jej różowego języka, mając wypłynąć niczym lawa z wulkanu, gdy Joanna zauważyła, że tym mężczyzną jest … murzyn, po prostu zwykły murzyn. To znaczy nie taki znowu zwykły, no bo w końcu ilu murzynów spotyka się na co dzień w naszym kraju? Gniew, który dopadł ją w krótkiej chwili, równie szybko został zastąpiony przez uczucie o zupełnie innym zabarwieniu emocjonalnym.

Tak, w sercu dziewczyny zrodziło się współczucie. Bo oto ma przed sobą biednego mieszkańca krajów trzeciego świata, gdzie panuje głód, szerzą się choroby, a losem biednych ludzi nikt się nie przejmuje. Joanna wie coś na ten temat. Niejedno widziała w Dzienniku Telewizyjnym. „ Biedak, pewnie przyjechał szukać pomocy. No bo niby gdzie jej ma szukać, w imperialistycznych zachodnich, państwach albo nie daj Boże w Ameryce. Tam przecież działają ci mordercy z Ku Klux Klanu. A apartheid w RPA.” Dziewczyna wzdrygnęła się na samą myśl o strasznym życiu swojego współbiesiadnika. I chociaż ów ciemnoskóry, młody mężczyzna na wygłodzonego i uciemiężonego nie wyglądał kontynuowała swój myślowy monolog. „Pewnie ma na utrzymaniu dzieci i żonę. Tu z pewnością znajdzie pracę i pomoc. W naszym kraju żyją dobrzy i tolerancyjni ludzie”. Siadając obok mężczyzny obdarzyła go uśmiechem, najszczerszym na jaki tylko mogła się zdobyć. Ten odwzajemnił się jej tym samym ale oprócz uśmiechu na jego twarzy malowało się leciutkie zdziwienie. „No co, nie spodziewałeś się takiej reakcji, myślałeś pewnie, że zrobię ci karczemną awanturę za to, że podjadasz mój obiad. Jedz kochaniutki, niech ci wyjdzie na zdrowie”. Teraz w myślach zwracała się do swojego towarzysza.images

Sięgając po talerz z drugim daniem posłała kolejny ujmujący uśmiech, który podobnie jak pierwszy został odwzajemniony ale z coraz większym zaskoczeniem. Zdziwienie musiało właściwie osiągnąć apogeum, gdyż prawa ręka murzyna, trzymająca łyżkę wypełnioną zupą znieruchomiała. Usta zaś szeroko otwarte zdawały się niecierpliwie wyczekiwać na zawartość tejże łyżki.

Joanna, pochłonięta jedzeniem nie zwracała już uwagi na przyglądającego się jej mężczyznę. Pałaszowała nieco przyschnięte pierogi z takim apetytem, jakby to ona wróciła właśnie z zagłodzonej Afryki. Tłuszcz, którym okraszone było jadło spływał jej z ust po brodzie, ale pośpiech z jakim jadła nie pozwalał na otarcie. Po ostatnim kęsie nawet nie spojrzała na stolik wiedząc, że serwetnik i tak jest pusty.

Nie obracając się sięgnęła po torebkę, w której miała komplet kolorowych chusteczek do nosa. Jakież było jej zdziwienie, gdy nie namacała najbardziej wartościowego przedmiotu jaki miała przy sobie. Odwróciła się jeszcze z niedowierzaniem chcąc zmysł dotyku wspomóc zmysłem wzroku, lecz bez rezultatu. Przerażona już do granic wytrzymałości zaczęła rozglądać się po sali jakby chcąc ustalić sprawcę zniknięcia torebki. Nagle jej wzrok padł na sąsiedni stolik, na którym obok sztućców, znajdowała się ceramiczna miseczka z ubitym uchem i mocno wystudzoną zawartością oraz talerz z przyrumienionymi pierogami. Obok stolika stało metalowe krzesło, identyczne jak to na którym siedziała z tą różnicą, że zdobiła go czarna, lakierowana torebka przewieszona przez oparcie.

–    O matko boska!- krzyknęła Joanna i gwałtownie uniosła się z krzesła.

Wybiegając w pośpiechu z baru wyrwała torebkę a zrobiła to z takim impetem, że krzesło na którym wisiała z wielkim hukiem przewróciło się.

–    Dżywny kraj i dżywny ludży – łamaną polszczyzną powiedział murzyn i pochylił się nad białą, ceramiczną miską z jednym uchem, w której stygła zupa pomidorowa z kluskami.

images (2)