Parasolka

Chociaż nogi odmawiały już posłuszeństwa i gięły się w kolanach jakby były z gumy, Joanna cierpliwie podążała za przyjaciółką. Ich przyjaźń trwała od wielu lat nieprzerwanie a mimo tego zawsze uważała Irenę za totalnie porąbaną wariatkę. Czasami nawet obawiała się czy jej szaleństwo nie jest oby zakaźną chorobą przenoszoną drogą kropelkową a to z powodu, iż najbliższe otoczenie przyjaciółki też zdawało się nieco odbiegać od pewnych kanonów społecznej normalności. Na wszelki wypadek co jakiś czas analizowała swoje zachowanie chcąc się upewnić, że wszystko jest w należytym porządku i jak na razie było.
–   No ruszaj się kobieto. Została nam tylko jedna ulica. – dopingowała Irena
–   Mam już dość. Wcale nie muszę kupować tych zakichanych butów. Na imprezę mogę iść w gumo filcach dziadka.- marudziła Joanna –     Tańczyć mogę na bosaka.
–   No, wytrzymaj jeszcze trochę. Ten ostatni sklep jeszcze zaliczymy – przyjaciółka odwróciła się do Joanny wskazując jednocześnie na afisz z napisem „OBUWIE”.
–   To dosłownie parę metrów. W sklepie odpoczniesz – dalej mobilizowała towarzyszkę Irena, a w jej głosie było tyle determinacji jakby chodziło o zdobycie bieguna północnego.

pobrane     Kobiety pokonały dwa stopnie schodków, po czym po kolei przekroczyły próg sklepu – ostatniej deski ratunku, dla mającej się elegancko zaprezentować na imprezie, Joanny. Pierwsza sklepowe półki dopadła Irena. Najpierw z ciekawością poczęła rozglądać się za towarem, po czym tak od niechcenia zdjęła z ramienia torebkę i położyła na stojącej pod oknem wyścielanej sofie, nie przerywając przy tym obserwacji sklepu. Joanna zawartością półek była mniej zainteresowana. Jedyne co teraz w trybie natychmiastowym było jej potrzebne to kawałek czegoś na czym mogłaby usadzić swój szacowny tyłek. Zobaczywszy sofę, podążyła w jej kierunku i bez sił opadła na  siedzisko. Jęknęła głośno, gdyż pod  delikatną tylną częścią ciała mającą się teraz zespolić z sofą wyczuła twardy przedmiot. Uniosła się ostatkiem sił i wyciągnęła spod siebie fioletową parasolkę, przywieszoną łańcuszkiem do leżącej obok torebki. Nie miała wątpliwości do kogo należą owe przedmioty codziennego użytku. Sama parasolka w duże ciapy i racjonalizatorski pomysł doczepienia jej do uchwytu torebki z wykorzystaniem klamry od męskiego paska i łańcuszka od zasuwy na drzwi, wydawał się Joannie dowodem potwierdzającym szaleństwo przyjaciółki.

–   Zobacz, jakie śliczne buciki. Będą ci pasowały do sukienki. – piszczała z zachwytu Irena: – i na dodatek w twoim rozmiarze. „No szkoda, żeby nie pasowały”- pomyślała trochę poirytowana Joanna. „A co to ja jestem przyrodnią siostrą Kopciuszka, żebym musiała wciskać na stopy ciasne pantofelki”. Bezwolnie pozwoliła klęczącej obok siebie przyjaciółce nasunąć buty na swoje własne nogi, zupełnie nie czując przy tym satysfakcji Kopciuszka, po czym wstała i nieco chwiejnym krokiem podeszła do opartego o ścianę lustra. Musiała przyznać, że w tej chwili jej przyjaciółka wykazała się niezłym gustem. Czarne, lakierowane sandałki na niewielkim obcasie, z plecionymi w warkocz delikatnymi paseczkami były wymarzoną przez Joannę zdobyczą. Irena widząc pojawiające się na twarzy Joanny zadowolenie podskoczyła z radości, klaszcząc przy tym w dłonie. Mogłoby się wydawać, że za punkt honoru przyjęła sobie wykreowanie wizerunku stóp swej nie zawsze wyrozumiałej przyjaciółki Joanny.
–   W porządku. Płać i uciekamy. Można uznać, że dzisiejszy dzień nie jest stracony. Super buty – z zadowoleniem szczebiotała odkrywczyni obuwia. Podchodząc do sofy, na której pozostawiła torebkę z przywieszką jeszcze raz spojrzała na buty i dumnie wypięła pierś do przodu.
–   Zaczekam na ciebie przed sklepem – wychodząc rzuciła do przyjaciółki.
Joanna jeszcze przez chwilę obracała sandałki w rękach, chcąc się im dokładnie przyjrzeć. Zmarszczyła czoło ukazując swój ogromny wysiłek myślowy i podjęła jedyną słuszną decyzję.
–  Biorę.  Proszę zapakować – zwróciła się do sprzedawczyni.
images Dziewczyna wyszła ze sklepu w ręku trzymając siatkę z butami. Na chodniku czekała na nią zniecierpliwiona już bardzo Irena czemu nie należało się dziwić, gdyż zaczął padać deszcz a powietrze znacznie się ochłodziło. Joanna wzięła przyjaciółkę pod rękę. Skulone i wciśnięte w siebie szybkim krokiem ruszyły w stronę dworca autobusowego. Szły w milczeniu a to za sprawą wiosennej pogody, która w jednej chwili stała się bardzo nieprzychylna. Nagle Irena stanęła jak wryta zmuszając Joannę do wykonania tej samej czynności.
–   Czyś ty zwariowała. O mało się nie przewróciłam – krzyknęła ze złością Joanna

–   Zapomniałam parasolki. – nie przejmując się wrzaskiem przyjaciółki płaczliwym głosem powiedziała Irena.

– Spójrz, zawsze tu wisi. Specjalnie ją tak przymocowałam, żeby nie zgubić. A teraz jej nie ma.

Joanna podążyła wzrokiem za palcem koleżanki. Przewieszona przez ramię torebka, o dziwo, nie posiadała swojego codziennego dodatku, przez co znacznie lepiej się prezentowała.
–   Została pewnie w tym ostatnim sklepie. Tam ją jeszcze widziałam a raczej poczułam. W takim razie wracamy – zadecydowała Joanna. Odwracając się, stanowczym krokiem ruszyła w stronę „obuwniaka”. Rozżalona Irena udała się za nią.

Było parę minut po osiemnastej, zatem sklep był już zamknięty. Przez szybę w drzwiach Joanna jednak zobaczyła światło dobiegające z zaplecza. Pewna nadziei, że zastała jeszcze sprzedawczynię zaczęła mocno dobijać się do drzwi. I rzeczywiście nie pomyliła się. Kobieta otworzyła drzwi.
–   Przepraszam panią bardzo ale zapomniałyśmy parasola – grzecznie zwróciła się do sprzedawczyni.
–   Proszę. Proszę wejść i poszukać. – Pani sklepowa przesunęła się robiąc przejście dziewczynie.
Joanna weszła do sklepu, pozostawiając Irenę na ulicy. Pierwsze kroki skierowała w stronę sofy ale nie dojrzawszy tam szukanego przedmiotu zaczęła rozglądać się po całym sklepie.
–   Niestety nie ma tu naszej parasolki – z rezygnacją stwierdziła Joanna i ruszyła w stronę otwartych drzwi. Odprowadzając niedawną, swoją klientkę do wyjścia sprzedawczyni z zauważalną troską zapytała: – A jak wyglądała ta parasolka?
–   Taka fioletowa w ciapki – odpowiedziała Joanna spoglądając na stojącą przed wejściem Irenę, zmieniając równocześnie kolory na twarzy niczym kameleon.
–   A czy to nie jest ta, pod którą stoi koleżanka. – Uśmiech kobiety był tak szeroki, że można było zobaczyć srebrną koronkę na jej lewej „czwórce”.
Irena trzymając rozłożony, fioletowy parasol w ciapki nad sobą, niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę z miną rozżalonego dziecka.
– A niech to… Głupota jednak jest zaraźliwa – wrzasnęła Joanna i wybiegła ze sklepu, nie zwracając uwagi na machającą jej na pożegnanie, uśmiechniętą sprzedawczynię.images (1)